Bieg Niepodległości 2015

Ponieważ dziś mówienie głośno o tym, że nie lubi się biegania jest porównywalne z przyznaniem się do wstydliwej choroby, ten tekst będzie być może interesujący :)

Otóż drodzy Państwo nie lubię biegać. Mówię to oficjalnie i głośno od kilku lat i pomijając ludzi, którzy trzymają ze mną sztamę, spotyka się to z głębokim niezrozumieniem. Jak to? Laska, która żyje sportem i fitnessem nie biega? No po prostu what the fuck? Za każdym razem, kiedy o tym mówię co najmniej kilka lajków znika z mojego fan page’a. Dziś jednak wyjaśnię. Nie biegam, bo moim zdaniem istnieje milion bardziej urozmaiconych aktywności, które mnie jarają, w których wciąż wszystko się zmienia, które stanowią dla mnie wyzwanie, których całość jest zlożona z małych puzzli – kawałków i każdy z nich jest inny. Poza tym od zawsze męczyła mnie kolka. Czy uważam, że bieganie jest słabe? Ależ skąd. Doceniam tą formę ruchu i chciałabym ją lubić. Chciałabym także wzboganić o nią swój program treningowy. Podjęłam wiele prób, ale każda była jakoś średnio udana. Za to mój narzeczony Andrzej owszem biega i to całkiem nieźle. Jako typ, który ogarnia wszystkie biegi, a także survivale oraz inne biegi generalskie w błotach i śmierdzących gównem bagnach – jeszcze bardziej niż ja chciałby, abym się z bieganiem przeprosiła. I o ile naprawdę uwielbiam survivale, o tyle no wiecie reszta jakoś do mnie nie przemawia. Andrzej ma na to swój własny pomysł i prawdopodobnie uważa, że nie mam w tym temacie wiele do powiedzenia, więc na przykład zrobił mi tzw. biegową niespodziankę i zapisał mnie w tym roku na Bieg Niepodległości, zupełnie zapominając o zapytanie mnie co sądzę na ten temat.

Bieg Niepodległości 2015

Takim oto sposobem dziś pierwszy raz w życiu przegiegłam longiem swoje 10 kilometrów. Pomijam Survilal Race czy Spartan Race, gdzie umówmy się, w zasadzie nie chodzi o bieganie. Oczywiście kiedy ktoś rzuca mi rękawicę, to Bigos ją podejmuje. Wprawdzie ustawiłam się w ostatniej turze, założyłam, że pierwsza dycha nie może się skończyć się żenującym powłóczeniem nogami i wypluwaniem płuca połączonym ze świszczącą niczym tuwimowska lokomotywa oddechem, a raczej walką o kawałek tlenu. Innymi słowy chciałam zmieścić się w godzinie. I voila! 58:11.

Nie mówię, że pod koniec nie miałam ochoty zabić Andrzeja, ale przebiegłam. I muszę wam powiedzieć, że było naprawdę spoko. Sama nie wierzę w to co piszę, ale podobało mi się. Nie wiedziałam, że tego typu biegi miejskie mogą mieć taki przyjazny i miły klimat. Poza tym jak się zlapie swoje tempo, to nie jest to aż takie złe. Myślę, że dobra podpowiedzią jest naprawdę nie śpieszenie się na początku. Oczywiście miałam na to ochotę widząc, że wszyscy mnie wyprzedzają, ale Andrzej obiecał, że po połowie trasy to oni będą oglądali nasze plecy. To mnie przekonało. Oczywiście zrobiłam to swoim sposobem i co chwilę musiałam sprawdzać na którym kilometrze jesteśmy, bowiem coś takiego potrafię traktować tylko i wyłącznie jak konkretne zadanie do wykonania. Wiem, że wiele osób zarzuci mi złe podejście już od początku, ale trudno. Był to znacznie lepszy sposób na spędzenie Dnia Niepodległości, niż spacer z duszą na ramieniu z nawalonymi dresami z racą. W biegu wszyscy są trzeźwi i uśmiechnięci, a na trasie grają patriotyczne kawałki, które nawet trochę mnie wzruszyły. Podobnie zresztą jak osoby starsze, które tak dzielnie radziły sobie na trasie. Fenomenalne!
Tak czy owak swoją pierwszą dychę uważam za pomyślnie zakończoną i może… może pobiegnę jeszcze kiedyś drugą.

A na zakończenie krótka konkluzja. Wszystkich maratończyków i innych ultra świrów uważam za ludzi absolutnie niespełna rozumu :)

Bieg Niepodległości 2015

Autor postu
Katarzyna Bigos