Depresja po porodzie – jak sobie pomóc?

Czy też tak macie, że czasem ściągacie kogoś lub coś swoimi myślami? Mi przytrafia się to po raz kolejny, więc czytam to jako znak i napiszę ten tekst, bo czuję, że może się komuś przydać <3
Niedawno odezwała się do mnie Pani Agata z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Napisała, że rozpoczynają kampanię edukacyjną dotyczącą depresji okołoporodowej. Zapytała czy może liczyć na moje wsparcie w tym temacie. Ponieważ chciałam napisać o tym już dawno (ale uznałam, że emocje po porodzie nie będą dobrym doradcą, jakoś to przełożyłam w czasie). Czynię to jednak teraz!

Nie wiem czy wiecie, ale nawet 30% mam doświadcza depresji poporodowej, a aż u 85% kobiet występuje smutek poporodowy, tzw. „baby blues” (totalnie ja i z tego co pisałyście mi na IG – dotyczyło to także was). Powyższe statystyki nie są zwykłymi danymi, a uwidaczniają poważny problem, który wciąż jest bagatelizowany (to informacje od Pani Agaty). Okołoporodowe zaburzenia emocjonalne mogą dotyczyć kogoś z naszego otoczenia – siostry, przyjaciółki, koleżanki z pracy, ale również brata, przyjaciela czy kolegi z pracy. Depresja nie jest tylko problemem osoby chorej. To trudne doświadczenie dla wszystkich, którzy jej towarzyszą.

Pamiętam doskonale jak czułam się przez wiele tygodni po porodzie. Depresja mnie nie dotyczyła (nie w tym okresie mojego życia), ale chciałabym w tym wpisie przedstawić Wam dwie bardzo wzruszające historie moich czytelniczek (pozostaną z oczywistych względów anonimowe). Na końcu tego tekstu napiszę Wam gdzie można szukać pomocy i dlaczego warto się po nią zwrócić. Chciałabym, żebyście wiedziały, że nie jesteście same! Że bardzo wiele innych mam w tym momencie przechodzi przez to samo. Że nie ma w tym nic złego, że to nie wasza wina! Chcę, żebyście wiedziały, że brak zrozumienia ze strony rodziny w trakcie ciąży, brak akceptacji zmiennych nastrojów ze strony najbliższych po porodzie nie oznacza, że macie mieć poczucie winy. To nie znaczy, że tak ma pozostać, że musicie to „jakoś” przetrwać. Wczoraj jedna z moich znajomych napisała mi:
„Proszenie o kontrolowanie myśli jest jak proszenie o nie wymiotowanie poranne. Jest misją niemożliwą. Pomóc mogą: zrozumienie, nie ocenianie, nie doradzanie, po prostu wyręczenie i zrozumienie”.

A teraz chciałabym na chwilę przenieść Was w inne miejsce i przedstawić pierwszą historię:

„Zaczynając od początku (choć pamiętam to wszystko jak przez mgłę) – po porodzie mój synek był ze mną kilka chwil, ale naprawdę najcudowniejszych pod słońcem, tak, że mam łzy w oczach, kiedy to piszę. Musiał dostać antybiotyk ze względu na długi poród i drobne komplikacje.

To nic. Po kilku godzinach znów byliśmy razem. Położna pomogła mi przystawić synka do piersi. Chyba się udało. Trochę bolało, ale to naprawdę nie miało znaczenia. Karmiłam własne dziecko. Kosmos.

Było pięknie do trzeciej doby, kiedy podczas obchodu pediatrycznego usłyszałam: „za dużo stracił, musimy go dokarmić”. Ale jak to? Dokarmić? Moje dziecko? Nie. Przecież miałam karmić piersią. Wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy. Czytałam o tym setki razy, kiedy jeszcze byłam w ciąży. Łzy ciekły mi strumieniami. To chyba było poczucie porażki. I bezsilność. Może mogłam odmówić. Nie wiem już teraz. To chyba wtedy moje samopoczucie znacznie się pogorszyło. Dokarmiałam syna, odciągałam pokarm, karmiłam piersią. I tak przez równy miesiąc od porodu. Miałam wrażenie, że całe moje życie kręci się wokół tego karmienia, dokarmiania, odciągania mleka… Nie chciałam tego robić. Czułam wewnętrzny sprzeciw. Nienawidziłam tego. Nienawidziłam chyba wtedy też siebie. A w pewnym momencie również mojego dziecka… Chciałam zniknąć. Po prostu. Wyjść z domu i nie wrócić. Nikt nie chciał mi w to uwierzyć. Z każdej strony słyszałam, że to baby blues, że minie. Albo że powinnam się wziąć w garść. Nie umiałam. Czułam, że to nie jest baby blues. Nie było już lepszych momentów. Było tylko gorzej.

Kiedy odwiedziła nas doradczyni laktacyjna, byłam tak zmęczona, że zasypiałam na stojąco. Miałam dość starania się o wyłączne karmienie piersią. A jednocześnie nie chciałam podawać sztucznego mleka. Miałam dość laktatora. Budziłam się w środku nocy i czułam, że ja już nie chcę tego całego karmienia piersią. Czułam też, że nie chcę dziecka. Mam dość mojego życia. Że chcę zniknąć. Po prostu. Nawet miałam plan. Tylko jakoś nie umiałam go wcielić w życie.

Ja, dotąd zorganizowana, działająca z planem, no po prostu taka, której udaje się wszystko, do czego się nie dotknie, nagle mam problem z ugotowaniem obiadu, umyciem się, a nawet zrobieniem herbaty. To wszystko mnie przerosło. I kiedy już mój mąż i osoby z bliskiego otoczenia poczuły, że nie żartuję, że nie wyolbrzymiam, że naprawdę mam ochotę zrobić sobie krzywdę, trafiłam do psychiatry. Po drodze był jeszcze psycholog, ale przed nim chyba trochę udawałam, że to baby blues, nie odkryłam się całkowicie. Przed psychiatrą mi się to udało. To było już apogeum. Taki stan, że byłam po prostu jak zombie. Ledwo sklejałam słowa w zdania. Byłam już chyba totalnie wyzuta z emocji. Diagnoza – depresja poporodowa. Tak czułam. Choć jeszcze ciągle wydawało mi się, że TO dotyka tylko kobiet, które dziecka nie chciały, a nie takich, jak ja. Tak bardzo się wtedy myliłam.

Dostałam receptę na lek, bezpieczny podczas karmienia piersią. Zastanawiałam się, czy powinnam go brać. Ale chyba nie było już wyjścia. Mój stan się poprawiał. Trafiłam również na psychoterapię. Chciałam dowiedzieć się, jaka była przyczyna mojego stanu, pracować nad sobą.

Piszę to wszystko po to, żeby uświadomić, że depresja się po prostu zdarza, wcale nie tak rzadko i wcale nie takim osobom, o których stereotypowo się myśli. Ta choroba dotyka takich jak ja – perfekcjonistek, z planem na wszystko, niedopuszczających myśli, że coś może pójść nie tak. Depresja dotyka też tych, którzy mają po prostu biologiczną skłonność ku temu.

Mnie ta świadomość pomogła. Dzięki niej wyrwałam się z błędnego koła obwiniania się o zaistniałą sytuację. Teraz, kiedy dzięki terapii, potrafię przeżywać w pełni moje macierzyństwo, mogę powiedzieć, że ta choroba też była po coś, choć nikomu nie życzę takiego piekła. Była po to, żeby się zatrzymać, dać szansę bliskim mi osobom, by się mną zaopiekowały, by pozwolić sobie pomóc. Pozwolić sobie też na słabość, gorsze chwile. Mamy do nich prawo!

Czuję jeszcze żal. Bo mój syn nie miał mnie w pełni w pierwszych tygodniach swojego życia. Ale może dzięki temu, dzięki tej całej historii, ma mnie w pełni teraz – nieidealną, ale obecną, szczęśliwą i spełnioną mamę.

Linki od tej osoby:

http://www.wymagajace.pl/depresja-poporodowa-szukac-informacji/

A teraz kolejna historia:

Byłam z tych dziewczyn, które wręcz naigrywały się z tej drugiej grupy dziewczyn, z tych co żyły marzeniami o ślubie, białej sukni i dzieciach.
Wszystko byle nie to!
Cóż życie zadecydowało inaczej. Wzięłam ślub a nawet dwa i to z tym samym facetem. I mam dwie córki.

Ciąża, zwłaszcza ta pierwsza to czas wielkich niespodzianek. Wielkich niewiadomych. Jeśli ma się z kim to przechodzić, to jest czas pełen oczekiwania jak na prezent niespodziankę, żeby nie powiedzieć jak na kota w worku!

Pierwszą ciążę przeszłam całkowicie bezboleśnie, bezstresowo. Nie miałam nudności, nie miałam humorów czy zachcianek. Jedynie tyłam i bolały mnie piersi od dość szybkiej i wielkiej produkcji mleczarskiej.
Wszystko wydawało się wręcz jak w przesłodzonych filmach romantycznych. Mieszkaliśmy w Norwegii, ja latałam do Polski, do swojego salonu…sukien ślubnych. On szalał z radości i chyba bardziej niż ja przeżywał każdą wizytę u lekarza, każde USG, potem każdy ruch w brzuchu.

Wszystko wydawało się wręcz słodko-pierdząco idealnie.

Do czasu porodu.

Nie przeczuwając co się będzie działo wyjątkowo wcześnie wstałam tego dnia. Wykąpałam się. Ba! Ogoliłam od dołu do góry, co było wyczynem na miarę mistrza jogi wówczas. I poczułam skurcze. Brzuch mi sztywniał i robił się jak kamień.
Do dziś pamiętam jak On siedział na łóżku z zegarkiem w ręku, a ja chodziłam po domu, bo z bólu nie byłam w stanie ani leżeć ani siedzieć. Chodzić też nie – ale jakoś było mi najłatwiej. Wydawało mi się, że to chyba najwyższy czas złapać za torbę i jechać do szpitala.
Pojechaliśmy. Było trochę za wcześnie. Ale zostałam zaprowadzona do sali i skakałam na piłce na przemian z braniem prysznica.
Zaczynało mi się dłużyć wszystko. Boleć. Tak na serio. A położna odprawiła Go do domu. Że to jeszcze potrwa, że dadzą znać jak nadejdzie czas.

Minęło południe, czas obiadu i zaczęło się. On przyjechał. Był obok.

Dzisiaj nie pamiętam bóli porodowych. Bolało ale późniejsze doświadczenia przy porodzie zdecydowanie dużo bardziej bolały.
Dla mnie poród pierwszego dziecka to wspomnienie morza krwi.
Miałam zielone wody płodowe, dziecko było zawinięte w pępowinę. Była za głęboko już żeby wyciągnąć ją przez cesarkę. Żeby ją ratować kazali Mu wyjść z sali. Ja niewiele pamiętam, a On wspomina tylko ciszę i nagle mój przeciągły krzyk. Myślał już o najgorszym scenariuszu.
Bez znieczulenia, na szybko mnie cięli. Dziecko wyciągali kleszczowo. Udało się. Ale ja się wykrwawiałam. Wciąż bez znieczulenia zostałam zszyta. Dostałam w sumie w ciągu tygodnia 4 jednostki krwi.
Pamiętam tylko tyle, że jak ją wyciągnęli pielęgniarka położyła mi ją na brzuchu, a ja nie miałam siły na nic i jedyną myśl – zostawcie mnie wszyscy w spokoju, zabierzcie to, idźcie.
Kolejny obraz – to ja następnego ranka, obudziłam się bo było mi okropnie zimno. Okazało się że całe łóżko jest we krwi. Wszystko. Ja też.
Kolejny obraz jak karmiłam ją i jej becik zaczął robić się czerwony. Znów wszystko wokół było w mojej krwi.
Miałam wyjść ze szpitala. Chciałam się wykąpać. Idąc wzdłuż ściany do łazienki zemdlałam.

Tyle z pobytu w szpitalu. Zero jakichkolwiek wspomnieć/ uczuć co do dziecka, tego że zostałam mamą.

W końcu na tyle nabrałam sił, że mógł nas zabrać do domu.
Mleko leciało mi z piersi jak z kranu. Córeczka była zdrowa. A ja nie miałam sił ani ochoty ani brać ją na ręce ani patrzeć.

Przez pierwszy miesiąc leżałam w łóżku. Ledwo byłam w stanie wstawać do łazienki. Mała spała z nami w łóżku. Karmiłam ją przez sen. Tyle ile mogłam robić przy niej – robiłam. Ale bez emocji. Bez jakichkolwiek uczuć. Nie czułam wielkiego wybuchu miłości i skłamałabym pisząc, że pokochałam ją od pierwszego wejrzenia. Karmiłam. Przewijałam. Razem leżałyśmy. Bo tak wypadało. Bo tak trzeba.

Przez pierwszy miesiąc niemal ciągle płakałam. Chyba więcej niż dziecko. I użalam się, że nie mam siły, że coś ze mną nie tak, bo nie czułam jakoś tej wielkiej radości z posiadania dziecka, a wszyscy wokół tylko „ach i och”. Czułam się nic nie warta i ogólnie do niczego.
W przeciwieństwie do dziecka, które rozwijało się prawidłowo i było chyba najgrzeczniejszym, najmniej problemowym dzieckiem jakie można sobie wyobrazić. Kuzynki i koleżanki wciąż mówiły mi, że zazdroszczą. Nie dość, że On przejął większość obowiązków to dziecko było totalnie bezproblemowe. A ja nie umiałam się cieszyć.

Dzisiaj córeczka skończyła 10 lat! Nie umiem sobie wyobrazić bez niej życia. Nie jest tak bezproblemowa i taka cicha i grzeczna jak przez pierwsze 2-3 lata.

Ale miłości do niej się uczyłam. Nie tyle opieki, co właśnie wygrzebywania uczuć, tych ciepłych.
Miałam olbrzymie szczęście, że przez ten najtrudniejszy czas miałam Jego przy sobie. Widząc jak On delikatnie, z czułością obchodzi się z tym małym ciałkiem, ile radości sprawia mu uśmiech, tulenie, sam dotyk dzień po dniu, tydzień po tygodniu i ja zaczynałam czuć – a to ciepło jakie przeze mnie przepływało gdy karmiłam córkę, a to radość z kąpieli.

Miłość nie wybuchła we mnie jak wulkan. Ale teraz mogę przysiąc, że jak ktoś choćby spróbuje skrzywdzić moje dziewczynki to nie ręczę za siebie!
To, że zaraz po porodzie nie czuje się w brzuchu motyli i nie widzi się wszystkiego co dotyczy dziecka na różowo, nie oznacza że jest się złą matką!”.

Chciałabym, abyście wiedziały gdzie szukać wsparcia. Chciałabym, abyście się nie bały o nie poprosić. W Polsce nie jest łatwo. Podobno w Szwecji (wiem to od mojej czytelniczki, która tam rodziła), przez wiele miesięcy upewniają się, czy młoda mama nie potrzebuje kogoś do rozmowy, do rozwiania wątpliwości, czy na pewno czuje się dobrze). Mam wrażenie, że w Polsce nie mamy do końca świadomości dotyczącej depresji, ale mam nadzieję, że to się zmieni.

Gdzie szukać wsparcia?  rodzice.fdds.pl

Przydatne linki:

Świat wywrócony do góry nogami – emocje po porodzie

Zadbać o mamę – to ważne!

Przyczyny, konsekwencje i leczenie zaburzeń okołoporodowych

Autor postu
Katarzyna Bigos