Dobre ciało

Tytuł jest prosty, ale temat bardzo złożony. Czemu się za niego zabrałam? Bo uważam, że jest bardzo ważny i my dziewczyny mamy trochę do przerobienia w swoich głowach.
Moja zaawansowana ciąża daje mi trochę do myślenia – zwłaszcza, kiedy czytam słowa w stylu:
– Boję się zajść w ciąże. Stracę figurę.
Albo słowa skierowane do mnie (wiem, że nie w złym zamiarze):
– Ale będziesz mieć teraz pracy, aby wrócić do formy.

Hmm. Wiecie, że absolutnie szczerze dzielę się swoimi emocjami i przeżyciami związanymi z ciążą, dlatego też nie do końca rozumiem skąd bierze się u nas taki paniczny strach o dobre ciało. Jasne, że w ciąży wszystko się zmienia. Jasne, że nie zawsze i nie w każdym momencie miło jest obserwować te wszystkie zmiany. Opuchliznę, dodatkowe fałdki, cellulit. Jednak dla mnie jasne jest, że to etap przejściowy. Nikt nie zabiera mi figury na zawsze. Nie boję i nigdy nie bałam się ciężkiej pracy. Już nie mogę się doczekać aż będę mogła wrócić na salę treningową. Wiem przecież jak się to robi. Jakże mogłabym rozkminiać temat posiadania dziecka przez pryzmat wyglądu ciała? Dla mnie to naprawdę najmniejsze na świecie zmartwienie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której w ciąży patrzę na swoje ciało z nienawiścią. Ale nie jestem w stanie sobie także wyobrazić jak można patrzeć tak na swoje ciało – nie będąc w ciąży.

Jasne – są momenty, w którym lubimy je miej lub bardziej, ale jak bardzo musi być źle, jeśli nie akceptujemy go ani trochę? Znam wiele osób, które zmagają się z nadwagą lub otyłością, ale też takie osoby, które wyglądając jak milion dolców są wiecznie z siebie niezadowolone. To uświadamia mi jedno – problem mieszka w głowie.
Bo samo ciało jest plasteliną – i niejedna osoba udowodniła, że kiedy się chce, można z niego ulepić w każdym momencie życia prawdziwe cuda. To jest ważna prawda – nic nigdy nie jest nam dane raz na zawsze! Zmiany w ciele nie dotyczą przecież tylko ciąży, a życie nie toczy się wokół idealnie krągłego tyłka i six packa jak z reklamy.
Żeby było jasne – nie jestem fanką otyłości i nadwagi, ale też jestem zdecydowaną przeciwniczką kultu ciała i skupianiu się na nim jak na centrum wszechświata. Tak – mówi wam to trener, dla którego wysportowane ciało jest ważnym elementem w życiu. Popadanie w skrajności (w żadną stronę) nie jest niczym dobrym.
Prawda jest taka, że nasze możliwości są dziś niemal nieograniczone. I ktoś kto naprawdę chce zmiany i nie boi się na nią zapracować – osiągnie cel. Dążysz do ideału? Zastanów się po co? I czy naprawdę warto. Czy warto, by nasz idealny obraz samych siebie przyćmił inne ważne, życiowe sprawy? Czy strach przed utraceniem figury nie sprawia, że tracimy z oczu coś znacznie ważniejszego?
Po raz kolejny zaznaczam – jeden fanką zdrowego trybu życia i wysportowanej sylwetki. Ale czy oznacza to, że bałam się przez to przytyć? Ależ skąd! W ciąży też dbam o siebie i akceptuję oczywiste zmiany jakie niesie ze sobą ten stan. Uważam, że wyglądam pięknie i patrzę na siebie z miłością. Czy sytuacja byłaby taka sama, gdybym zaniedbała temat, jadła 3 razy dziennie ciastka i śmieciowe żarcie? Nie. Wówczas mogłabym mieć do siebie uzasadniony żal, że nie wyglądam za specjalnie fit (tu akurat nie mówię o ciąży).

Jak to z nami jest dziewczyny? Skąd bierze się w nas fobia o za duże lub za małe mięśnie, o biodra dokładnie takie jak widzieliście w reklamie nowych gaci. O talię osy, mimo zdecydowanego braku predyspozycji związanych z budową ciała? Skąd bierze się w głowie obraz kogoś innego, kogo przypisujemy do „swojego idealnego ja”, zapewniając siebie, że bez tego obrazka nie będziemy szczęśliwi? Znam mnóstwo osób, które trenują jak szalone, mają doskonałą kondycję, technikę, robią wspaniałe sportowe postępy i zdecydowanie mają też z czego być dumne. Patrzę na nich z niekrytym podziwem, a na koniec zajęć słyszę:
– Kasia ja już nie wiem co mam robić i na co postawić. Wciąż nie wyglądam tak jakbym chciała. I mówiąc to tracą całą radość ze sportu… Jest mi wówczas bardzo przykro.

Skąd u jednych osób obsesja na punkcie figury i strach przed wzięciem do ręki odważnika kettlebells (bo za bardzo urosną mięśnie), a u innych brak energii i motywacji, by wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić coś dla siebie?

Jak myślicie? Jakie jest wasze zdanie na ten temat?

Autor postu
Katarzyna Bigos
  • Karolina Tomczak

    Problem siedzi w głowie. Media robią młodym dziewczyna pranie mózgu i w zasadzie to tyle. Nie każda sobie z tym radzi. Wydaje mi się ze internet ma tez na to duzy wpływ. Modele które są promowane niestety są jakie są…. . Każda z nas musi mieć świadomość własnego ciała bo pamietajmy zawsze chcemy to co ma
    Ktoś inny 😉 taka już nasza babska natura a cel powinien być —-> silna, zdrowa i szczęśliwa ❤️

  • Anna maj

    bardzo mi to bliskie. Ja od dziecka walczę o niebycie grubasem. Zrobiłam już absolutnie wszystko co było w mojej mocy, żeby schudnąć, przestać puchnąć i możliwie kontrolować objętość i wagę i za każdym razem dostawałam histerii kiedy centymetr (albo pasek bo mierzyłam się paskiem) potrzebował więcej cm żeby się zapiąć. Ostatecznie przeżyłam ciężki rozwód w trakcie którego schudłam z niejedzenia niczego i rozpaczania dobrych 15 kilo i byłam zachwycona. Jeden jedyny raz. Wrociłam do treningów, obsesyjnie się głodziłam później zaczęłam żyć o sałacie i było mi z tym dobrze. Teraz jestem w ciąży. Podobnie jak ty mam problem z ćwiczeniami, z wytrzymałościowymi ciężkimi treningami, z jedzeniem…bo się okazało że musze jeść więcej niż raz dziennie a początkowo mogłam tylko bułki z bieluchem (nie jem laktozy i glutenu) teraz patrze jak co tydzień mam 3 cm więcej w spuchniętym udzie, wiem, że to przysadka mózgowa szaleje (jakieś gruczolaki), że nic z tym nie zrobię. Dostaję ataków histerii. Płaczę. Nie chce wyjść z domu ani wstać z łóżka. To jest rozdzierający serce fizyczny ból i rozczarowanie sobą. Że niczego nie kontroluję. Że nic nie mogę. Że już zostanie tak na zawsze…jak wcześniej. To nie aż tak prosta sprawa jak się wydaje ludziom, którzy nie mieli nigdy problemów zdrowotnych, których nie da się zdiagnozować. Lenistwo można. Złe jedzenie można. A kiedy to kwestia tarczycy, przysadki, nadnerczy…okazuje się, że jesteś w kropce i oglądanie tych tłustych ud naprawdę doprowadza na skraj rozpaczy.

  • Natalia

    Przyznaję, że ja tak mam. (Była już) trenerka presonalna, obecnie pracująca za biurkiem, kiedyś też modelka. I właśnie przez to mam nieodwracalnie wypaczone myślenie. Caly czas żyję z kompleksami, nie umiem uwierzyć mężowi, że nawet dodatkowymi 2-3 kilogramami mu się podobam tak, jak kiedyś. Nie czuję się dobrze na plaży obok umięśnionego męża choć od wielu kobiet słyszę, że chciałyby wyglądać jak ja. Tylko ze ja porównuję się do dziewczyn z „mojego” kręgu – modelek i trenerek fitness. Nie wyglądam ani jak jedna ani jak druga. Jestem normalną, w miarę szczupłą dziewczyną z celulitem i z
    krągłym wystającym brzuszkiem. Ale w głowie mam ciągle obraz siebie jako trenerki lub dziewczyny z czasopisma lub reklamy…
    Podziwiam i (w pozytywnym rozumieniu oczywiscie!) zazdroszczę poczucia wlasnej wartosci, rozsadku i tych pięknych słów „patrzę na siebie z miłością”. Mam nadzieję, że kiedyś nauczę się tez tak o sobie mówić…

  • Not me

    Hej Kasia, ja jestem właśnie przypadkiem dziewczyny na w-miarę-zbilansowanej diecie, której mięśnie rosną od byle machnięcia ręki. Bicki nie mieszczą mi się w standardowe rozmiary koszulek, koszul i t-shirtów. Ale pole dance kocham bardziej niż piękną figurę której nigdy nie będę miała. Dzięki temu nauczyłam się cieszyć tym, co moje ciało może zrobić, bardziej, niż martwić się tym, jak wygląda. Rzeczywistość wymusiła na mnie zdrowe podejście, choć w rodzinie znalazły się osoby-zwłaszcza starsze- które mi mówiły „nie ćwicz już, twoje ręce nie wyglądają kobieco”. Wiem, ale już wybrałam :)