Los Angeles – American Dream Trip

Marzenie o podróży do USA pielęgnowałam w sobie od co najmniej 20 lat! Wcześniej nie miałam szans, by je zrealizować. Dziś tu jestem i muszę Wam powiedzieć, że niektórym marzeniom trzeba dać podrosnąć i dojrzeć. Po tylu latach smakują jeszcze lepiej i cieszą bardziej! Moja rada? Nie porzucajcie swoich marzeń. Nigdy.
Czasem życie pisze niespodziewane scenariusze, a życzenia szczerze wypowiedziane nie przepadają w czasoprzestrzeni.

Ile to kosztuje?

4 października wyjechaliśmy z Polski. Udało nam się kupić bilety 3 tygodnie wcześniej w naprawdę w atrakcyjnej cenie – około 1000 zł (w obie strony/ per person). Najpierw czekał nas lot do Dusseldorfu. Po 4h przerwy wsiedliśmy do samolotu lecącego bezpośrednio do Los Angeles (to 12h lotu). Nie ogarnęłam, że w trakcie zmieni się czas i to aż 9h do tyłu, więc w konsekwencji noc nigdy nie nastała. Trochę wybiło nas to z rytmu, a głowa nie pracowała już tak jak trzeba.
Po wylądowaniu próbowaliśmy rozkminić autobusy, by dostać się wreszcie do hotelu. Wstyd się przyznać, ale zajęło nam to 2h! Nie obyło się bez przygód (norma!).
Najpierw wsiedliśmy do złego autobusu, a na kolejny czekaliśmy 45 min. Kiedy dojechał, zorientowaliśmy się, że całe towarzystwo jest czarnoskóre. Absolutnie by nam to nie przeszkadzało, gdyby nie fakt, że naprawdę baliśmy się o życie. Po kolejnej przesiadce, jechaliśmy z samymi Meksykanami, którym na szczęście w odróżnieniu od poprzedniej ekipy było wszystko jedno z kim podróżują. Koniec końców udało się dotrzeć do hotelu w jednym kawałku.
Zatrzymaliśmy się na 5 dni w „Stay On Main” w samym centrum LA. Koszt tego hotelu, rezerwowanego przez Booking.com to około 1300zł (cena za pokój). Jeśli chodzi o standard, to był to mniej więcej wczesny Gierek, ale niespecjalnie się tym przejęliśmy. Mieliśmy tam tylko spać. Ponieważ nie spałam już wówczas jakieś 30h, postanowiłam dokładnie to właśnie uczynić. Szybko przekonałam się, że rezerwowanie hotelu w samym centrum miasta było średnim pomysłem. Mniej więcej co 10 minut budził mnie sygnał karetki albo jakiś świr śpiewający serenady lub przeklinający swój marny żywot. No cóż – trzeba było się przyzwyczaić.

Przydatne informacje (update)
Tydzień po opuszczeniu LA, dowiedziałam się, że Stain On Main nazywał się kiedyś Cecil Hotel i ma bardzo krwawą historię. Nie tylko mieszkali tam znani mordercy, ale wydarzyło się tam także (i to nie tak dawno bo w 2013 i 2015 r) kilka niewyjaśnionych historii zakończonych zgonem. Między innymi przypadek studentki z Kanady Elisy Lam, której ciało znaleziono 2 tygodnie po śmierci w zbiorniku wodnym na dachu budynku. Tuż przed śmiercią kamery windy zarejestrowały nagranie, w którym dziewczyna rozmawia w windzie z kimś kogo nie ma i bardzo dziwnie się zachowuje. Możecie obejrzeć to nagranie w sieci. Ja nie mogłam po nim spać, więc ostrzegam). Specjaliści od zjawisk paranormalnych twierdzą, że w hotelu zdecydowanie istnieje życie po życiu. Scenariusz znanego serialu „American Horror Story” powstał w oparciu o prawdziwe historie, które zdarzyły się w tym właśnie hotelu.
Teraz już wiem, czemu był taki tani! OMG!

Co mogę wam powiedzieć o LA?

img_4759

Los Angeles – miasto, w którym (przynajmniej w centrum) na ulicy ostra woń moczu miesza się z zapachem palonego skręta. Mnóstwo jest w nim bezdomnych i totalnych freaków, a na przedmieściach wieje taką biedą, że ubogie rodziny w Polsce mają w porównaniu z nimi pełen „high life”. W metrze, którym podróżowaliśmy codziennie spotykaliśmy jakiegoś wariata. No cóż, miasto bez wątpienia ma swoje mroczne strony. Ale Los Angeles to także Hollywood i inne cudowne osiedla, gdzie stoją piękne domy, a przed nimi jeszcze lepsze fury. Można tam znaleźć Aleję Gwiazd, uliczne sztuki i wystawy, pokazy mody czy plaże rodem ze Słonecznego Patrolu. To miasto kontrastów. I my jako zwyczajni biali ludzie (a niewiele tam takich) czuliśmy się tam trochę jak w dżungli. Miejskiej dżungli.

img_4787

Los Angeles – co warto zobaczyć?

Pierwszy dzień z lekkim „jet lagiem” postanowiliśmy spędzić na spacerach. Kierowaliśmy się po prostu przed siebie. Podróżowaliśmy głównie metrem. Szybko okazało się, że za każdym razem, kiedy wsiadaliśmy do wagonu, spotykaliśmy jakiegoś świra. Jeden walił głową w ścianę, inny śpiewał lub gadał sam do siebie, a kolejny toczył zażartą dyskusję o wyborach prezydenckich. Ktoś prosił o kasę, a drugi pytał skąd jesteś. Prawdą jest, że większość z nich nie ma zielonego pojęcia gdzie leży Polska:
– Poland.
– Holland?
– No. Poland.
– yyyy.
Kurtyna.

Jedno jednak trzeba przyznać – nie sposób się tam zgubić. Amerykanie pomogą ci zanim zdążysz o tą pomoc poprosić. Są niezwykle towarzyscy i nie zdarzyło nam się, by w jakiejkolwiek sytuacji przeszli obok zbłąkanych turystów obojętnie. Pomagają chętnie i z pełnym uśmiechem. Zagadują, pytając czy czegoś nie potrzebujesz i to jest naprawdę świetne!

A teraz wróćmy do tematu. Na uwagę z pewnością zasługuje plaża i molo w Santa Monica. To właśnie tu stoją rzędem słynne budki ratowników ze Słonecznego Patrolu. Jest bardzo pięknie, ale i tłoczno (przynajmniej na molo). Wszystko tu jest nieco droższe – hotele, restauracje i sklepy.
Ale będąc w LA trzeba odwiedzić to miejsce.

Przydatne info:
Bilety w LA na autobus lub metro kosztują 1,75$ albo 7$ za cały dzień.
Ceny za obiad wahają się od 6$ za fast food po 20$ – 40$ za danie w restauracjach.

img_4785
Los Angeles – Universal Studios

Tu spędziliśmy cały trzeci dzień naszego pobytu w LA i jest to kolejne miejsce, które obowiązkowo trzeba zobaczyć. Universal Studios jest parkiem rozrywki, który nawiązuje do kultowych filmów oraz bajek wyprodukowanych przez sam Universal. Jest tu cała masa atrakcji i to nie tylko dla dzieci. W sumie nie wiem jak dzieci, ale ja bawiłam się z Andrzejem najlepiej. Ten dzień oznaczał dla nas powrót do najbardziej beztroskich chwil z dzieciństwa. Śmialiśmy się jak za starych, dobrych czasów, kiedy żadne problemy nie istniały.
Na co się wybrać? Hmm. Są tam różne krainy m.in: Harry’ego Pottera (mój faworyt), Shrek’a, Szybkich i Wściekłych, Mumii, Transformersów, czy Simpsonów. W każdej z nich czeka na was zupełnie nowa porcja dobrej zabawy. Szczerze polecam!

Przydatne informacje:
Bilet do Universal Studios kosztuje 110$ (dużo, ale i tak uważam, że warto).
Można kupić go wcześniej przez internet – jest wówczas 10$ tańszy.

14686033_10210773262953617_687319470_n

14694733_10210773262433604_2128824225_n

14696901_10210773261753587_1085922937_n 14657671_10210773262153597_1285250645_n-kopia

img_4886

img_4861
Los Angeles – Venice Beach

Kolejną plażą, na którą trzeba się udać jest Venice Beach. To miejsce oznacza także szereg atrakcji – zwłaszcza tych sportowych. Można się tu poopalać, zjeść tanie i pyszne tacos, pochodzić po straganach, kupić trawkę, pooglądać widowiskowe akrobacje, popróbować swoich sił w siłowniach (nie mają nic wspólnego z tym kolorowymi sprzętami dla seniorów w Polsce). To absolutny raj dla tych, którzy trenują kalistenikę, akrobatykę lub np. gimnastykę. Jest także mega oldschool’owa, ale bardzo znana siłownia Muscle Beach, a obok niej boiska do kosza i masa innych sportowych obiektów.

“THERE MAY BE PEOPLE THAT HAVE MORE TALENT THAN YOU, BUT THERES NO EXCUSE FOR ANYONE TO WORK HARDER THAN YOU DO.”

—DEREK JETERObok samej plaży jest mnóstwo zielonych trawników, na których ludzie na przykład trenują Acroyogę. W Polsce to wciąż mało znane w porównaniu do tego co zobaczyłam do tej pory na plażach w USA.img_4964
img_4969
14658300_10210773263633634_94706509_n
img_4972
img_5002
Los Angeles i HollywoodTo miejsce też warto zobaczyć. Hollywood to oddzielna bajka, bo jest zupełnie inną dzielnicą. Różni się także znacznie od samego centrum. Kiedy wysiądziecie z metra Hollywood Vine od razu traficie na słynną Aleję Gwiazd. Jest długa jak jasna cholera. A jak się przejdziecie trochę bardziej w góry, to znajdziecie mega odjechane chałupy i naprawdę widowiskowe apartamenty. Oczywiście jest też słynny napis – HOLLYWOOD. Prawda jest jednak taka, że żeby zrobić sobie na jego tle fotkę, trzeba się trochę nagimnastykować. Przy Hollyridge Drive jest bezwzględny zakaz parkowania i musieliśmy trochę pokombinować, żeby zrobić zdjęcia, ale ostatecznie się udało. Chyba bezpieczniej jest udać się do obserwatorium.
Nic prócz foty tam nie ogarniecie. Chyba, że macie ochotę zobaczyć jak mieszkają bardziej zamożni mieszkańcy LA.14619982_10210773263753637_90376013_n
img_5070
img_5081
img_4916
Ponieważ po LA poruszaliśmy się bez auta (przygody z samochodem w oddzielnym poście), udało nam się zobaczyć mnóstwo różnych małych uliczek, pobiegać po China Town czy trafić na premierę Macbetha, podczas której aktorzy akurat fotografowali się na ściance. Zobaczyliśmy małe, urokliwe parki, halę koncertową Walta Disney’a i inne cudne, małe perełki.
Ale prócz tego z przykrością obserwowaliśmy też bezdomnych (to jakaś zastraszająca liczba osób), koczujących na rogach ulic czy po prostu w namiotach – na samym środku chodników przy głównych ulicach. Nikt nie zwraca na nich uwagi! Policja nie reaguje ani trochę. W ogóle wszyscy mają ich gdzieś, a oni sami tacy smutni ludzie wariują w tym mieście. I tych wariatów naprawdę nie brakuje, także trzeba mieć się jednak na baczności.Czy warto udać się do Los Angeles? God – YES!
Ja opisałam wam tylko małą cząstkę tego co widziałam, bo w przeciwnym razie pisałabym do rana.Teraz jestem w San Diego. I w tym mieście się wręcz zakochałam. Ale o tym w osobnym poście 😉
Zapraszam też na mojego insta. Tam relacjonuję wycieczkę na bieżąco.
https://www.instagram.com/kasia_bigos_trenerka/14593634_10210773265873690_811590464_nimg_5052
Autor postu
Katarzyna Bigos
  • Justyna Chlebowska-Tuz

    heh chyba każdy ma podobne wrażenia z wycieczki do Kalifornii w okresie jesienno/zimowym :) Ja byłam w San Francisco dwa lata temu i tez potykałam się o koczujących bezdomnych i uciekałam przed wariatami. Bezdomni zimują w Kalifornii a odsetek wariatów z tego co wiem jest tak wysoki bo pozamykali tam wszystkie publiczne mental houses. Meksykan też jest mnóstwo ale oni sa pozytywnym elementem miejscowego kolorytu :)