Windsurfing – akcja inspiracja

Kto śledzi trochę bloga, ten wie że przede mną pracowite miesiące, bo obiecałam sobie, że do końca roku ogarnę przynajmniej 15 aktywności, których nigdy wcześniej nie próbowałam. Zaczynamy od numeru 1 – przed Państwem (bo ja już swoje zaliczyłam) windsurfing.

Podejście pierwsze – CHORWACJA OPUZEN

Pierwsza próba ujarzmienia deski zaczęła się miesiąc temu na Chorwacji (o tym gdzie warto się wybrać i pouczyć przeczytacie TU). Wejście na dechę było tam czystą przyjemnością. Woda była przejrzysta i miała ponad 30 stopni, wiało tylko trochę i warunki do nauki były trochę najlepsze.
Przyznam wam się szczerze – sportów wodnych nie próbowałam wcześniej nigdy. I nigdy mnie też do nich nie ciągnęło. Wpadanie do zimnej wody niespecjalnie mnie jara. Ale na Chorwacji to co innego! Pianka niepotrzebna, możesz pływać w stroju, płytko, pięknie i w ogóle. No takie coś to ja rozumiem! Zanim weszłam na deskę, wyobrażałam sobie, że największym wyzwaniem będzie dla mnie złapanie równowagi. To jednak okazało się pikusiem w porównaniu z podnoszeniem żagla! Dostałam jakiś duży i choć pary w łapie raczej mi nie brakuje, muszę przyznać, że”wyławianie go z wody” nie należało do łatwych. Tyle, że cała reszta szła mi po prostu jak z płatka. Po 20 minutach udało mi się już coś tam przepłynąć. Po zakończonej lekcji czułam się jak królowa życia i myślałam – phi łatwizna! To po powrocie do Polski cisnę na Hel.

20160708_123905

Podejście drugie – POLSKA JASTARNIA

Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Tydzień temu wybraliśmy się z Andrzejem do Jastarni. Udało nam się odwiedzić naszego przyjaciela, który zresztą (jak dobrze się składa) jest także instruktorem windsurfingu. Szymon Słoma – bo tak zwie się gościu, obiecał że damy radę.
– Pewnie, że damy radę. Myślałam sobie. Przecież to nic trudnego – heloł!
Szybko pożałowałam tej myśli! Po pierwsze na Helu było zimno jak 150, co wiązało się z obowiązkową pianką (not sexy), a po drugie wiało jak jasna cholera. Oznaczało to po pierwsze pełno ludzi na wodzie, a co miało oznaczać na desce, miałam się za chwilę przekonać.
Wiatr 4 stopni w skali beauforta był dla mnie walką o przetrwanie. Jeśli postawienie żagla w Chorwacji było małym wyzwaniem, w Jastarni urosło do rangi #thatsnotgonnahappendude. Walczyłam dzielnie 10 minut i na szczęście Szymon zlitował się i dał mi wreszcie jakiś żagiel dla bab. Uff. Z tym mniej więcej dawałam radę. Gorzej było z samym pływaniem. Bałam się, że ktoś albo co gorsza ja sama na tej wodzie kogoś zabije. Łapanie wiatru w żagle od tego momentu nabrało dla mnie nowego znaczenia. Bo wiało tak, że wiatr sam sobie wpadał, a potem niósł mnie dokładnie tam, gdzie jemu (bo na pewno nie mi) się podobało. Po 30 sekundach okazywało się, że jestem milion metrów od Szymona i tak skupiałam się, żeby ustać na tej desce, że nie bardzo ogarniałam, żeby nią jeszcze sterować. Zresztą co ja gadam! O jakim sterowaniu mowa. Jeden raz udało mi się popłynąć na tyle swobodnie, że postanowiłam zrobić zwrot… Skończył się siarczystym nurem pod wodę (wiecie – tym co wodę wpływającą przez nos uwalnia uszami). Nie muszę chyba przypominać, że woda była zimna?!
Nie należę do miętkich osobowości i oczywiście się nie poddałam, ale była to dla mnie solidna lekcja pokory. Szymon na pocieszenie powiedział, że przy takim wietrze osób początkujących nie zabiera się na wodę, ale jakoś niespecjalnie mu wierzę. Lekcję zakończyłam z myślą – WTF? Jak można być taką parówą?
Ale dziś myślę sobie, że tak zawsze jest na początku. Maluchy ucząc się chodzić milion razy obiją sobie pupę, zanim przejdą pewnym krokiem kilka pierwszych metrów.

Akcja, którą sobie wymyśliłam pokazuje mi, że bycie sportowcem nie oznacza, że możesz być dobry we wszystkim. Ale za to otwiera głowę na nowe i pozwala posmakować sport z innej strony. Poza tym daje nowe możliwości dla ciała, bo przecież na windsurfingu także pracują wszystkie mięśnie (nie tylko, jak wcześniej myślałam te odpowiadające za balans). Ręce, plecy, nogi – myślę że ci którzy pływają więcej niż kilkanaście metrów najlepiej wiedzą co to znaczy. Od niedzieli spędzonej tydzień temu w Jastarni, windsurfing przestał mi się kojarzyć tylko z rekreacją. Czy warto spróbować? Hell yeah! I ja też najpewniej przy kolejnej okazji wrócę na tą deskę. Nie da się bowiem ujarzmić smoka w jeden dzień. I #akcjainspiracja najpewniej nie raz jeszcze mi o tym przypomni.

Dziękujemy Szymonowi! Jak chcecie się pouczyć u prawdziwego kota i profesjonalisty, zapamiętajcie nazwisko Słoma i jedźcie do Jastarni!

Kasia i Bobik w Jastarni-0188

Kasia i Bobik w Jastarni-0192

Kasia i Bobik w Jastarni-0197
Kasia i Bobik w Jastarni-0199

Kasia i Bobik w Jastarni-0201

Kasia i Bobik w Jastarni-0208

Kasia i Bobik w Jastarni-0210

Kasia i Bobik w Jastarni-0216

Kasia i Bobik w Jastarni-0217

Kasia i Bobik w Jastarni-0218

Kasia i Bobik w Jastarni-0244

Kasia i Bobik w Jastarni-0246

Kasia i Bobik w Jastarni-0251

Fot. Szymon Słoma

Autor postu
Katarzyna Bigos
  • Adam Kozera

    Super!! Windsurfing to pomysł na przyszłe lato, praktycznie cało to spędziłem na kajakach na Pilicy. Też Bardzo polecam! Fajnie się ćwiczą ręce i plecy.