Naciesz się życiem

Jak bardzo lubisz swoje życie? Czy miejsce w którym się teraz znajdujesz jest tym, w którym chciałaś/eś być? Czy potrafisz cieszyć się tym co masz? Czy może ciągle chcesz czegoś więcej?

Nie jest to ani tekst żadnej piosenki, ani tym bardziej tekst w stylu znanych kołczów i znawców życia. Ten tekst będzie trochę o mnie. Ostatnio napisałam Wam nieco osobisty tekst, ale takiego jak ten nie pisałam już dawno. Nie miałam ku temu okazji, ani ochoty. Trochę zapędziłam się z tym życiem. Czasem tak mam.
Ten tekst będzie więc poniekąd odpowiedzią na wszystkie wiadomości pt. „ale Ty sobie świetnie radzisz”.

Otóż, kiedyś już pisałam Wam o tym, że człowiek nigdy nie może czuć się gotowy na dziecko. Nie może wcześniej przewidzieć, wyczytać, wysłuchać, ogarnąć rozumem. Nie może zrozumieć co go czeka PRZED tym jak urodzi się jego własne dziecię. To jest jednocześnie piękne i przerażające. Nie dam rady wymienić wam wszystkich planów, wyobrażeń dotyczących moich przyrzeczeń o tym, że u kogo jak u kogo, ale u mnie po urodzeniu dziecka nie zmieni się wiele (gdyby istniał wśród słów GIF, który wyrażałby w ty momencie umieranie ze śmiechu – użyłabym go). Oczywiście zmieniło się baaaaardzo wiele, ale jak słusznie zauważacie wciąż jestem bardzo aktywna zawodowo – to serio się nie zmienia.
Niewiele osób jednak wie, ile tak naprawdę mnie to teraz kosztuje.

Jest duża szansa, że powinnam udać się na jakąś terapię (mówię totalnie seriously), bo cholernie ciężko przychodzi mi rezygnowanie ze „swoich rzeczy”, nawet wtedy kiedy ze zmęczenia nie wiem jak się nazywam.
Ostatnio zaczęłam jednak zastanawiać się nad tym po jaką cholerę to wszystko. Doszłam chyba do ściany, w której nie ma to tamto – trzeba się na moment zatrzymać. Bo robić to co się kocha to jedno, a cieszyć się z tego to zupełnie co innego. Postawiłam przed sobą jedno zawaliście ważne pytanie – czy to co robisz sprawia, że jesteś szczęśliwa? I doszłam do wniosku, że tak cholernie zasuwam, że nawet nie mam czasu się nacieszyć tym co dzieje się tu i teraz (mówię teraz o aspektach typowo zawodowych), bo Róża absolutnie jest dla mnie na PIERWSZYM PLANIE i tego co u niej nie przegapię za żadne skarby świata. Jeśli ten tekst czytają niektórzy z moich zleceniodawców – mam nadzieję, że zrozumiecie dlaczego w ostatnich dniach odmawiałam wzięcia udziału w projektach.

Nie tak dawno temu wraz z Agatą Ucińską prowadziłyśmy kurs Instruktora Yoga Wheel (kolejny 8/9 czerwca), Agata w trakcie mówiła o tzw. mindfulness czyli w tak zwanym turbo skrócie umiejętności bycia tu i teraz.
Ten temat dość mocno zaczął mnie zastanawiać. Na ile w moim życiu jestem obecna w tym co robię na 100%, a na ile robię wiele rzeczy, bo tak wypada, bo muszę zarobić, bo… bo trzeba.

WTF?! Czy serio trzeba, czy serio muszę? Mój Andrzej któregoś dnia ni stąd ni zowąd zaczął ten temat, rozwodząc się o tym, że najpiękniejszym przykładem bycia tu i teraz są małe dzieci, które nie martwią się dniem wczorajszym i w dalekim poważaniu mają to co zdarzy się jutro lub nawet za 5 minut. To co robią przeżywają całym sobą – każdą cząstką ciała na 100%! Radość, złość, rozpacz, nawet delektowanie się jedzeniem! I ten moment, choć nie przyznałam się do tego wówczas Andrzejowi mnie olśnił. Bo okazało się, że obserwowanie na co dzień mojego dziecka daje mi więcej radości, niż większość rzeczy, które w takim pośpiechu robię dla siebie.

Zaczęłam więc przewartościowywać i zastanawiać się czego mi tak naprawdę brakuje i za czym tak u licha pędzę?! Co tak serio jest istotne, a z czego powinnam zrezygnować, ponieważ nie wprowadzi do mojego życia nic specjalnie satysfakcjonującego? Nie, nie chodzi o to, że szukam wyzwań rodem skoku na bungee z wieży Eiffel. Ale chciałabym pod koniec dnia usiąść i z radością kontemplować przeżyty dzień, nacieszyć się małymi sukcesami dziecka, poczytać spokojnie książkę (nie przeczytałam całej od nie wiem kiedy, podczas, gdy kiedyś pochłaniałam je w ilościach hurtowych), nacieszyć uśmiechami osób, którym chociaż troszkę pomogłam, poczuć satysfakcję i dumę z ukończonego projektu, przybić piątkę osobom, które zasługują na znacznie więcej uwagi z mojej strony, pójść na trening pole dance i poczuć, że żyję, zrobić coś nowego i poczuć te znajome motyle w brzuchu. Pośpiech i ilość spraw na głowie zabiły we mnie radość z robienia rzeczy niezwykłych lub z robienia rzeczy zwykłych, które sprawiały, że to ja czułam się niezwykła.

Na ile więc – cieszysz się z tego życia? Na ile żyjesz na SERIO tu i teraz – nie na pokaz, ale dla siebie i najbliższych? Czy czujesz, że ciągle czegoś ci brakuje? Czasu, odpowiedniej osoby, innej pracy, miejsca? To nie jest niefortunny zbieg okoliczności. To czego Ci brakuje zwykle jest na wyciągnięcie ręki, tylko jesteśmy zbyt zajęci myśleniem o tym co „MUSIMY JESZCZE ZROBIĆ”, lub zamartwianiem się dniem wczorajszym by to dostrzec!

Jak cieszyć się życiem, nie mając wrażenia, że czas przelatuje nam przez palce? Nie wiem tego do końca, ale wiem, że muszę zwolnić, by się tego dowiedzieć!

Autor postu
Katarzyna Bigos