Opublikowano Czas czytania 6 minut

A kiedy jej zabraknie…

Czy macie takie strachy, na myśl o których czujecie się niemal sparaliżowani? Które już w samej wyobraźni powodują u was drętwienie ciała, szybszy oddech i ból, który wydaje wam się nie do przeżycia? Ja wśród kilku takich strachów miałam także ten – babcia. Nie wyobrażałam sobie, że kiedyś może mi jej zabraknąć. Łączyła nas więź (już od dziecka) tak silna i wyjątkowa, że nie mogłam nawet myśleć o tym, że pewnego dnia odejdzie.

Ten dzień nadszedł wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebowałam, kiedy najbardziej pragnęłam jej obecności przy sobie. Babcia odeszła dokładnie w dzień mojego terminu porodu Róży, pozostawiając mnie z dziurą w sercu tak wielką, że dopiero po paru miesiącach jestem w stanie o tym pisać. Czemu w ogóle to robię, zapytacie? A ja odpowiem Wam, że od jakiegoś czasu pisanie jest dla mnie formą terapii. Dlatego pojawia się tu więcej wpisów osobistych, którymi dzielę się najczęściej z obcymi ludźmi, którzy jednak (wiem o tym dobrze) czują i przeżywają często dokładnie to samo.

Wczoraj moja babcia skończyłaby 89 lat. A dziś mój mąż po 4,5 miesiąca od jej śmierci pokazał mi to zdjęcie, które zrobił ukradkiem podczas (jak się później okazało) naszego ostatniego spotkania. Na tym zdjęciu babcia jakby już wiedziała, choć przecież nie mogła wiedzieć, podobnie jak żadne z nas, że za parę dni wyląduje w szpitalu, że po kolejnych kilku powiedzą nam, że ma raka i to z takimi przerzutami, że operacja raczej nie wchodzi w grę. Nie mogła wiedzieć, że choroba jest już tak zaawansowana, że za dwa tygodnie cicho, nocą, złodziej życia zabierze ją nam na zawsze. Nie mogła wiedzieć, że nie dotrzyma danego mi słowa i nie przywita Róży na tym świecie. A jednak patrząc na to zdjęcie, mam przedziwne wrażenie, że jednak to przeczuwała.

25 grudnia, w tym dniu czuła się gorzej niż zwykle, ale przecież parę dni wcześniej wszystko było ok, więc nikt nie przypuszczał, że sytuacja jest już tak tragiczna. Kiedy w szpitalu zrobili jej badania, każdy dzień przynosił gorsze wieści, a ona przygasała. Nikt nie miał odwagi zadzwonić do mnie i powiedzieć, co jej jest. W końcu byłam tuż przed rozwiązaniem. Kiedy jednak moja siostra nie wytrzymała i powiedziała prawdę, płakałam tak bardzo, że myślałam, że pęknie mi serce, że nie wytrzymam tego bólu. Nie da się przygotować na śmierć tych, których kochamy. Nawet wtedy, gdy mają 89 lat i przeżyli kawał życia. I mimo, że wydaje się to bardziej „sprawiedliwe” niż nagłe odejście z powodu wypadku czy choroby osoby młodszej, to boli wciąż tak samo.

Babcia była dla mnie niemal jak mama. Kochała mnie tak bardzo, że kiedy mnie przytulała, wiedziałam, że oddałaby mi cały świat. Zawsze tak było. W mojej rodzinie jednak (pewne nie tylko mojej) życie od zawsze zataczało krąg. Nie pamiętam przypadku, w którym ktoś się rodził, a ktoś inny z rodziny nie odchodził. Kiedy moja ukochana ciocia (siostra rodzona mamy) rodziła pierwsze dziecko, odchodziła jej babcia (mama mojej babci) – prawie w tym samym dniu. Frania nie mogła otworzyć oczu, żeby zobaczyć małą Edytkę. Ta historia na zawsze wyryła się w mej pamięci. Po ślubie mówiłam Andrzejowi – jak mam zajść w ciążę? A jeśli babcia odejdzie? Uspokajał, że nie może się przecież tak stać, że przecież to nie jest jakaś klątwa.

Ale tak się stało, a ja nie miałam nawet kiedy się wypłakać, kiedy pożegnać (w dzień pogrzebu byłam z małą Różą w szpitalu). Jednak wierzę, że wtedy, kiedy rodziła się moja córcia, kiedy po dwudziestu kilku godzinach wyjęli ją owiniętą pępowiną wokół szyi z tych zielonych wód, babcia była przy niej! I nie pozwoliła, by coś jej się stało. Wierzę w to, że wszystko ma jakiś swój sens. Wierzę, że kiedy po kilku tygodniach wreszcie pojawiłam się na jej grobie w deszczowy pochmurny dzień i kiedy uroniłam pierwsze łzy, a wprost na moją twarz zaświeciło pośród ciemnych chmur słońce – była ze mną. Wierzę, że nikt nigdy nie odchodzi od nas tak na zawsze. Babcia też w to wierzyła i tą wiarę zawsze we mnie krzewiła.

Miała pięć sióstr. Trudno uwierzyć, że wszystkie przeżyły wojnę, biedę, głód, a pierwsza z nich zmarła 2 lata temu w w wieku 90 lat. Trudno uwierzyć, że kolejne 3 siostry odeszły niemalże w tym samym czasie (grudniu i styczniu) w równie pięknym wieku: 84, 88 i 95 lat. Została jedna – najwspanialsza ciocia Blancia, która tęskni za nimi tak bardzo…

Zawsze myślałam sobie, że powinnam coś o Waci napisać. O tym, jaka była życiowo dzielna! Ona też miała pięcioro dzieci. Pierwsza córka urodziła się bez gałek ocznych, chorowała na wszystkie choroby świata. Nie mogę nie wspomnieć o tym, jak radziła sobie z piątką dzieci – cały czas pracując w salonie fryzjerskim. O tym jak w wieku czterdziestu kilku lat już raz pokonała raka, jak żegnała dziadka, którego także zabrał nowotwór, jak dobrym była człowiekiem stawiając innych (nigdy siebie) na pierwszym miejscu. Będę ją pamiętać podczas robienia najpyszniejszych gołąbków na świecie. Mam przed oczami jak prosi, by (koniecznie) 3 razy przemielić mięso na pierogi czy pasztet, jak piecze ciasteczka z dżemem, całuje mnie przesadnie mocno na pożegnanie i w końcu jak pyta o to, kiedy w końcu będę miała dziecko… (tyle lat o to pytała).

Myślę o Tobie każdego dnia babciu. I tęsknię. A w tym tekście żegnam Cię oczyszczając własne emocje, płacząc w ciszy i dziękując Bogu, że dał mojemu dziecku najlepszego opiekuna na świecie. Piszę ten tekst, aby moja Róża, kiedy będzie gotowa mogła go przeczytać, zobaczyć Cię babciu moimi oczyma i zrozumieć siłę tej miłości.

Piszę go też dla was, byście wspomnieli tych, których bardzo kochaliście. Poszli na grób, zamówili mszę, zapłakali, wspominając piękne wspólne chwile, pomodlili się w ciszy. Byście pamiętali.