Gruby problem

Odkopuję swój wakacyjny post z fb. Wpadłam wówczas na tekst z Polityki. Dotyczył on rodzinnej produkcji grubasów. Dotyczył tego, że dzieci są przekarmiane już od niemowlaka. Przytoczę fragmenty tekstu:
(…)Małe dzieci powinny być karmione 5–6 razy na dobę. 20 proc. badanych niemowląt dostawało 10, a nawet kilkanaście posiłków, nie licząc drobnych przekąsek. Skutkiem tego może być nadwaga. Stwierdzono ją u 14 proc. dzieci do trzeciego roku życia. U 13 proc. zdiagnozowano otyłość. – Obserwuję babcie na skwerkach, które truchtają po placu zabaw za wnukiem z miseczką zupy i upychają po łyżeczce. Przyglądam się na ulicy dzieciom w wózkach. Większość z nich stale coś je: biszkopciki, chrupki, paluszki. To wytwarza odruch stałego, bezrefleksyjnego mamlania, który zaburza naturalny rytm: posiłek, przerwa na trawienie – mówi dr Piotrowska.

(…)Mit pulchnego, ślicznego niemowlaka trzyma się mocno. I to wcale nie tylko w Polsce. Badania przeprowadzone na University of North Carolina wykazały, że matki mają najczęściej zaburzony obraz własnego dziecka. Kobietom przedstawiono makietę ze szkicami siedmiorga niemowląt – od niedowagi do otyłości – i poproszono, by wskazały obrazek, do którego najbardziej podobne jest ich dziecko. 70 proc. wskazało błędnie. Najczęściej przypisywały swoje dzieci do niższej kategorii wagowej niż w rzeczywistości. Poproszone o wskazanie na obrazku ideału dziecka, wybierały otyłą stronę skali.

(…)Nadwadze u małych dzieci sprzyjają także zjawiska bardziej współczesne: tempo życia, fast food, reklamy śmieciowego jedzenia. W świecie zabieganych rodziców nie ma czasu na wspólne przygotowywanie posiłków, celebrowanie ich. W tym świecie już nawet małe dzieci spędzają godziny przed monitorem, cały czas wpychając sobie coś do ust. Najczęściej wysokokaloryczne przekąski.

(…) Nawyki żywieniowe, z jakimi trzylatki trafiają do przedszkola, jeżą włosy na głowie. Małgorzata Brzozowska, przedszkolanka z Lublina, opisuje, że większość dzieci je w kółko te same produkty: chleb z masłem na śniadanie, kotlet schabowy z ziemniakami na obiad i znów chleb z masłem na kolację. Surówek nie tykają, owoce sporadycznie. Rodzice przekonywani, że warto uczyć dzieci nowych smaków, urozmaicać dietę, wzruszają ramionami: nieważne, co je, ważne, żeby zjadło. Potem potrafią się żalić, że ich dziecko jest grube, ale nie dostrzegają związku z tym, co dostaje ono do jedzenia.

Jak widzicie problem jest bardzo poważny. Pewnego dnia wyszłam na zakupy, przechodziłam obok cukierni, gdzie na meeting umówiły się dwie duże rodzinki. „Duże” w absolutnie każdym znaczeniu tego słowa. Dużo było ludzi i dużo było dzieci, przy czym ludzie ci i ich dzieci też były bardzo duże, a na stolikach miały duże ciastka, które czekały na nich zaraz po tym jak skończą swoje duże porcje lodów. Z uśmiechem wcinali je absolutnie wszyscy. Mamy, ciotki i inne opiekuńcze panie niestety ledwo mieściły się na krzesłach, a kolejna dama która do ekipy dojechała ledwo wysiadła z samochodu (podjechała pod samą cukiernię mimo zakazu autem, a po 5 krokach miała już zadyszkę). Nie mogła się przywitać, bo oddychała jakby przebiegła maraton – PO TYCH 5 KROKACH! W sumie nic dziwnego skoro ledwo szła. Absolutnie nie przeszkodziło jej to jednak wejść do cukierni. Pewnie uznała, że nagroda się należy. W „Polityce” piszą:
–  Badania specjalistów z Centrum Zdrowia Dziecka potwierdzają te obserwacje. W diecie 80 proc. małych dzieci jest zbyt dużo cukru. – Pierwszy błąd to podawanie słodzonych herbatek i dosładzanie gotowych posiłków w słoiczkach – mówi prof. Piotr Socha. – Człowiek ma wrodzoną preferencję do słodkiego smaku. Niemowlak będzie jednak tolerować niesłodkie jedzenie, dopóki nie pozna smaku cukru. Wtedy zaczyna się poważny problem.
Rodzice nie mają zwyczaju czytania etykiet, a cukier jest niemal wszędzie: w jogurtach, deserkach, sokach. Mają za to zwyczaj nagradzania dzieci słodyczami. Drugi problem to nadmiar białka, który niepokoi zwłaszcza w diecie niemowląt. Normy są przekraczane o ok. 600%.
Szczerze powiedziawszy byłam w szoku. Zaczęłam zastanawiać się jak to jest, że ludzie nie mają wobec tego tematu żadnych przemyśleń. Litości – dlaczego nic nie chcą zmienić, przecież to skazywanie się na kalectwo za życia i przedwczesną z pewnością śmierć. Przecież to pozbawianie się najpiękniejszych uroków życia, przecież to zamach na swoje „JA” z każdej możliwej strony. CZEMU?

I pojawia się we mnie złość. Ogromna złość. Za to, że takie osoby nie chcą wiedzieć, nie szukają związku z tym co wpierdzielają i jak wyglądają. Za to, że nie chcą z niczego rezygnować same są grube – nazywajmy to po imieniu, ale także za to, że robi krzywdę od małego swoim dzieciom. I ja na to patrzeć obojętnie nie chcę. Narażanie dziecka na wiele chorób związanych z otyłością podawanych na tacy z całym pakietem problemów natury psychologicznej związanej z otyłością o kwestia, o której należy mówić głośno. Prawdopodobieństwo, że tłuste niemowlę zmieni się w grubego nastolatka, a ten w otyłego dorosłego, jest spore. U niemowląt podziały komórek tłuszczowych następują bardzo szybko, a to zwiększa ryzyko otyłości
Cholera jasna nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy widzę grube dzieci wcinające słodycze, które nie są (jeszcze) świadome swojego ogromnego problemu. W takich momentach jestem wściekła na rodziców, że robią krzywdę nie tylko sobie, ale i dzieciom. Przyrzekam, że resztkami sił powstrzymywałam się, by nie wpaść tam i nie rozwalić im tych ciastek na twarzach. Czy coś by mi to dało? Niestety nie.
Poczuje się lepiej niestety dopiero wtedy, kiedy procent otyłych dzieci w Polsce przestanie tak wściekle rosnąć. Poczuje się lepiej, jeśli tych grubasów statystyki i sytuacja widoczna gołym okiem skłoni do przemyśleń.

Temat otyłości jest trudny i bardzo złożony. Doskonale o tym wiem. Sama chciałabym kiedyś stworzyć miejsce, w którym tym ludziom będę mogła pomóc. Ale, żeby móc im pomóc, oni sami muszą zauważyć, że mają problem i chcieć sobie z tym problemem poradzić.

Autor postu
Katarzyna Bigos