A może by tak ciut odpuścić?

A może by tak ciut odpuścić?

Jakiś czas temu pisząc Wam o Body Movement – tym jak ten kurs i program powstawał, zwierzyłam się trochę, że mordownia treningowa nie jest już główną osią moich zainteresowań. Ale tekst nie będzie o tym. Będzie o luzowaniu gumy w gaciach tak ogólnie.
Wiecie – ja w ostatnich latach naprawdę pozapierniczałam. I to tak dobrze! 6 bieg był dla mnie jak dla większości człowieków “trójka”. Tłumaczyłam sobie, że tak lubię. Że musi się coś dziać, że szkoda życia, że trzeba wykorzystywać okazję.
No a działo się tyle, że jak na chwilę przystanęłam to połowy wspomnień nie miałam. Wiecie czemu? Bo nie znalazłam w tym wszystkim chwili na kontemplację tych moich działań i osiągnięć.
Uwierzycie? Złapałam się na tym, że trzymałam takie turbo tempo, by nadążyć za tym szaleństwem, że nie miałam czasu, aby się tym w ogóle nacieszyć i docenić.

I potem zaczął się prawdziwy challenge!

Zdałam sobie z czegoś sprawę. I było to bolesne. Uświadomiłam sobie, że mój od lat niezwalniający z gazu pojazd, który prowadzę – przed czymś bardzo szybko ucieka. Tak… Dotarło do mnie, że musiałam cały czas coś robić, żeby czasem nie zostawić sobie za dużo miejsca i przestrzeni na myślenie o “rzeczach”, z którymi jakoś nie bardzo mi było po drodze. Idąc za tropem Scarlett O’Hary – uznałam, że “pomyślę o tym jutro. Ostatecznie jutro też jest dzień”. I nie wiadomo kiedy zleciały całe lata.
Bo to długo działało. Ja robiłam swoje, udało mi się naprawdę sporo osiągnąć, pracowałam wytrwale z pasją, bez ustanku. Kierowałam się głosem serca, lubiłam to co robię i spalałam się w tym niezwykle. I mówię tu absolutnie serio. Jestem tym typem osoby, która jak już coś robi, to klękajcie narody – 200% normy (Podpowiem wam – nie, to nie jest normalne). Kiedyś doszłam do takiego momentu, że nie mogłam wstać z łóżka. Poważnie. Nie mogłam się ruszyć. Bolało mnie wszystko. Nawet skóra. Wyjechałam na tydzień i leżałam bez ruchu w Egipcie. Wróciłam i dalej swoje. Poważnie – to było za mało, by wyciągnąć wnioski.

Potem jeszcze kilka razy powinnam się złapać nad tym, że jednak coś nie gra, ale uparcie tłumaczyłam sobie, że to taki dobry czas. Że muszę go wykorzystać na maksa. Aż wreszcie nadszedł moment, w którym rozmawiając z przyjaciółką po zbyt długiej przerwie, usłyszałam od niej: – Kacha gratuluję. I choć nie wątpię, że jej słowa były szczerze, poczułam mega smutek. Odpowiedziałam jej, że najdziwniejsze jest to Karola, że ja nie mam chwili, aby usiąść, celebrować to i cieszyć się tą chwilą. Musiałam pędzić dalej.
Wtedy ziarno zostało zasiane. Coś nie grało!
“Co w nas powoduje, że nie przyswajamy tych wszystkich lekcji, jesteśmy ślepi na wskazówki, które ludzie przynoszą nam jak na tacy? Nic się nie zmieni, jeśli nic się nie zmieni… Kilka lat temu bałam się nawet drgnąć, by nie naruszyć konstrukcji, którą budowałam przez lata” – pisze Kaśka Nosowska w swojej nowej książce “powrót z Bambuko )którą zresztą serdecznie wam polecam).

No ja doszłam do ściany, kiedy urodziła się Róża. Nie dało rady już pędzić, choć ambitnie próbowałam dalej – nie myślcie sobie. Ileż razy płakałam po kątach, nie zliczę ile razy cisnęłam ze złości soczyste przekleństwa, bo czułam, że nie daję rady. Że muszę wreszcie odpuścić. Wtedy zaczęła się moja nauka odpuszczania. Jezu najsłodszy w morelach. To najtrudniejsze zadanie, wśród tych wszystkich z którym przyszło mi się zmierzyć w całym życiu. Zatrzymanie się oznaczało przysłuchanie się samej sobie. Niejednokrotnie wybebeszenie, przyznanie do wielu błędów, uporanie z bólem towarzyszącym mi od lat, niektóre traumy doszły do głosy i no… nie było fajnie. Nie było.

Ale chowanie głowy w oszukiwaniu samej siebie, że jest spoko i zagłuszaniu głosu duszy jest jeszcze mniej fajne. Bo kiedy dałam duszy dojść do głosu, okazało się co tam dzieje się w środku. I powoli przestałam się biczować. Biec bez opamiętania – byle dalej. Znalazłam osobę, która pomogła mi się z tym uporać, ogarnąć, zrozumieć. Zaczęłam zwalniać. Na początku nie dużo. To był za duży szok.
Spróbowałam prostych medytacji, podczas których dużo się modliłam (są różne rodzaje medytacji. Ja nie korzystam ze śpiewów Hindi, robię to po swojemu). I wiecie co? Do głosu zaczęło dochodzić coś ze środka. Coraz wyraźniej je słyszałam – dając sobie wytchnienie, mówić, że siebie kocham, że jestem wystarczająco dobra. Zaczęłam widzieć inaczej siebie, ale także innych. Zaczłema więcej usmiechać się do ludzi, do siebie, do życia. Proste sprawy zaczęły być ważniejsze. Odkładałam telefon na szafkę, często nie zgaladając do niego godzinami (co wcześniej było absolutnie nie do pomyślenia). Cały świat przestał być już taki straszny. Zaczęłam widzieć kolory, cieszyć się tą codzienną prostotą. Zmieniłam formę treningów, zaczęłam dokształcać, czytać, odblokowywać siebie. Tworzyć programy, które będą także dobrze robić innym. Szukałam form ruchu, które będą grały z tymi nowymi odkryciami. Już nie potrzebowałam krwi, potu i łez, żeby na chwilę podczas morderczego treningu poczuć to znajome: UFFF!
Ale odpuszczania uczę się cały czas. Dla mnie to dalej trudne. To zadanie, które odrabiam cały czas.

Ten trudny rok dał mi w kość, ale okazał się przełomowy. Nawet dziś – kiedy sytuacja jest tak napięta, kiedy momentami ciężko mi spać, kiedy myślę o polskich kobietach, o Polakach w ogóle, o covidzie, kolejnych obostrzeniach, chorych znajomych, potrzebujących – już się nie biczuję. Kiedy w nocy nie mogę spać – medytuję, liczę długie oddechy, kiedy coś nie wypala, szukam wśród zamkniętych drzwi jakiegoś otwartego okna. Kiedy dostaję kolejną wiadomość o chorym dziecku – nie przeżywam tego tydzień, łapie dystans (tak okrutnie mnie do grabiło z dobrych myśli), kiedy wszyscy straszą wszystkim, myślę weź wdech Bigos. Dłuuuugi wdech nosem i jeszcze dłuższy wydeeeech. Wszystko będzie dobrze.

A dziś na przykład byłam w TVN i też trochę pooddychałam:

KLIKNIJ

Leave a Reply

Your email address will not be published.