Słowo na 2020 – wdzięczność

Słowo na 2020 – wdzięczność

Zdaję sobie sprawę, że dla większości słowo podsumowujące 2020 rok będzie bliżej słowa – “kupa” albo “wy&%#ać”, ale cóż… Ja mam nieco inne przemyślenia. Ten wpis będzie moimi życzeniami świątecznymi i może trochę noworocznymi dla Was.

Nie myślcie, że urwałam się z choinki – jasne, że to był trudny rok, pełen wyzwań, nowych dotąd nieznanych sytuacji i okoliczności, których żadne z nas się nie spodziewało. Był to rok, w którym musieliśmy się wszyscy i każdy z osobna zmierzyć z nową rzeczywistością, momentami pełną absurdów, momentami pełną lęku i strachu. Ale ostatecznie mam wrażenie, że było nam to trochę potrzebne. Poczucie wolności i nieograniczonych możliwości spowszedniało nam do tego stopnia, że wiele osób przestało je doceniać.
Niestety nie tylko to. Przestaliśmy doceniać wiele rzeczy, spraw, osób, małych codziennych cudów. Czasem potrzebujemy mocnego kopa w dupę, żeby się trochę ocknąć, przebudzić, przetrzeć oczy!

Na blogu (gdzie chyba najczęściej dzielę się z wami osobistymi przeżyciami) niejednokrotnie pisałam, że wolniejszy bieg przez długie, długie lata był mi obcy. Nie dawałam sobie szansy na zatrzymanie i przeżywanie. Działanie i ten ciągły bieg były wspaniałą ucieczką. Z czego nawet nie zdawałam sobie sprawy.

W ostatni poniedziałek zaprosiłam was na małe spotkanie z dobrym ruchem, zdobyłam się na podzielenie czymś o czym trudno się pisze, a jeszcze trudniej rozmawia. W moim domu rodzinnym nie miałam łatwo. Był alkohol, narkotyki, mnóstwo przemocy fizycznej i psychicznej. Cały pakiet tego, co mam nadzieję większość z was zna tylko z filmów. Razem z siostrą latami starałyśmy się po prostu przetrwać. Jakoś to przeżyć i wreszcie się uwolnić – zacząć żyć. Jak większość dzieciaków z takich domów popełniałam mnóstwo błędów. Naprawdę mnóstwo. Miałam dwie opcje. Albo się poddać, myśleć że nic dobrego mnie nie czeka, narzekać na swój los i to co mnie spotyka, albo działać. Wiecie co pomogło mi wówczas najbardziej? Świat marzeń i wizualizacji pięknej przyszłości. Nie wiedząc o tym już wtedy będąc w najczarniejszej dupie – wysyłałam potężny ładunek do wszechświata z intencjami, w które wierzyłam tak mocno, że nawet najmocniejsze ciosy od ojca, nie były mi w stanie wybić tego z głowy i serca.

I to mnie uratowało

Wiedziałam, że mi się uda. Miałam ogromne ambicje. Chciałam dostać się na studia, choć warunki do nauki miałam raczej średnie. Zdawałam na dziennikarstwo, bo widziałam siebie w pracy w telewizji (kto by pomyślał, że wiele lat później będę w niej częstym gościem i że dostanę szanse na własny program). Nie bez powodu piszę, że widziałam siebie w takim miejscu. Ja na serio miałam w głowie ten obrazek. Udało się. Dostałam się na te studia. Opatrzność, której zaufałam nade mną czuwała. Czy było łatwo? O Lord! Ani trochę. Mamę nie było stać na moją stancję ani życie. Wzięłam kredyt studencki, dorabiałam gdzie tylko mogłam jako hostessa, potem trochę jako modelka.
Kiedy zaczynało brakować mi pieniędzy, zawsze pojawiało się coś co mnie ratowało. Lata studenckie wspominam najpiękniej. Wreszcie nie musiałam się bać. Miałam bezpieczny kąt, nawet jeśli musiałam na wszystko zapracować. Uczyłam się, aby zdobyć stypendium naukowe i nawet przez rok je dostawałam. No i ta wolność. O rety, ależ ona smakowała. Momentami aż za bardzo.
Nie będę wam zdradzać jak wylądowałam z Warszawie. To oddzielna opowieść, którą obiecałam w moim pierwszym podcaście, który w końcu na pewno nagram. Tu 12 lat temu zaczęłam spełniać marzenia. Wszystko co wcześniej przez tyle lat pieczołowicie wizualizowałam wdrażałam w życie – najczęściej sama nie wiedząc, że to robię. Przyrzekam wam, że nie miałam żadnej strategii. Życie i wiara otwierało przede mną możliwości. Te historie są wręcz niewiarygodne – daję wam słowo. Spełniłam swoje marzenia. I wierzę całą sobą, że naprawdę wszystko jest możliwe.

Pandemia dała mi nową szansę

A kiedy świat zatrzymał się przez pandemię, dostałam jeszcze jedną szansę. Szansę, aby się zatrzymać i przemyśleć mnóstwo spraw. Przerobić i przeżyć to co przez życiowy sprint spychałam ciągle na bok. Zaczęłam intensywna pracę nad sobą. Praktykowałam (i dalej to robię) WDZIĘCZNOŚĆ za to co mam. Codziennie zaczynam modlitwę od słowa dziękuję za… każdego dnia! Pod koniec zeszłego roku zdobyłam się także na przebaczenie ojcu. Wysłałam list i paczkę. Dodałam nasze zdjęcia, napisałam kilka słów od serca. Nigdy nie otrzymałam odpowiedzi, ale nie liczyłam na to. Najważniejsza zmiana zaszła wtedy we mnie. Poczułam się lżejsza o 10 ton. I wciąż tak się czuję. To był dobry początek na 2020 rok, który pod wieloma względami stał się mega wyzwaniem. Ktoś jednak dawno temu napisał mi: kiedy Pan Bóg zamyka drzwi, zawsze gdzieś otwiera okna.

Wystarczy się rozejrzeć

Wsłuchując się w głos serca – zaczęłam budować markę własną. Tworzyć i przygotowywać kursy on line. Dopiero później wprowadzono lock down i okazało się, że po raz kolejny opatrzność nade mną czuwała. Że to był strzał w 10. Rozwijam je z ogromną pasją każdego dnia. Sprawia mi to mnóstwo radości i wierzę, że pewnego dnia ta platforma będzie wielką biblioteką, która będzie dla wielu osób wspaniałą możliwością rozwoju dla ciała i głowy. Już dla wielu osób jest! Doceniam to przeogromnie. Każdą wiadomość, każdą opinię.
Mam za co dziękować na litość boską i pisze to wam siedząc już drugi tydzień na kwarantannie, goniąc z terminami i deadlinem oddania swojej pierwszej książki. Piszę to w momencie, kiedy Róża kończy przechodzić covid, kiedy mam perspektywę spędzenia świąt tylko z mężem i córciami (jedną w brzuszku) bez mamy, która niedawno przeszła operację i która na co dzień jest osobą ogromnie samotną i bez mojej ukochanej siostry, która jest moją bratnią duszą.
I wciąż mimo tego czuję wdzięczność! Bo wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wierzę, że to co nam się przydarza – przydarza się po coś.

Życzę wam dziś niesłabnącej wiary w życie, w dobro i w marzenia! Dzielę się osobistą historią, byście nie tracili nadziei. NIGDY! Byście starali się w ciemnościach widzieć światło. Nawet jeśli jedynym światłem, które czasem widać jest tylko to od żarówki 🙂
Jeśli będziecie się przyglądać i wierzyć – kiedyś rozbłyśnie. Życzę Wam tego z całego serca.

A niżej załączam link do wideo, które miało być dla was dobrym poruszeniem, i które chyba będzie doskonałym uzupełnieniem tego tekstu:


KLIK KLIK

Leave a Reply

Your email address will not be published.