Ciąża – sezon drugi

Ciąża – sezon drugi

Parę tygodni temu, kiedy jeszcze nikt, nic – nawet ja sama nie mogłam podejrzewać, podeszła do mnie Różyczka.
Odsłoniła bluzę na brzuchu, położyła na nim swoje malutkie rączki i zapytała:
– Mamusiu, a kto tam jest?
Serce mi stanęło! Normalnie przyrzekam. Bo wierzę, że dzieci mają swój szósty zmysł i próbując uspokoić łomotanie serca, które w tym momencie szorowało już wartko jak nowy traktor po polu ziemniaków, odpowiedziałam pytaniem:
– Gdzie skarbie?
– Tu. Odpowiada Róża, ponownie wskazując brzuszek.

Myślę sobie NIEEEEE. Niemożliwe! No niemożliwe!

Ale dwa tygodnie później (po 9 dniach spóźniającego się okresu) robię jednak test. No już nie jak w poprzedniej ciąży. Tym razem z dużym spokojem, wciąż myśląc, że to nie mogło znów stać się tak szybko – robię.
Dwie wściekle różowe kreski nie mogą się mylić.
Robię drugi, bo przecież niemożliwe!
Drugi test ma podobne zdanie do pierwszego.

A ja znów nie wierzę!
PAMIĘTNIK Z PIERWSZEJ CIĄŻY – NIECO BARDZIEJ ZABAWNY ZNAJDZIECIE TU.

TYDZIEŃ 6
Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem skąd się biorą dzieci. Ta ciąża nie była przypadkowa, ale dopiero co otworzyliśmy się w ogóle na możliwość. A okoliczności – no nie wskazywały na to, że po raz kolejny to będzie taki ekspres.
Biorę głęboki oddech. Chryste to chyba zawsze jest przeżycie! Nie może to do mnie dotrzeć. Przetwarzam.
Liczę – to będzie 6 tydzień jakoś. Dobra chyba dobrze by było ogarnąć lekarza. Dzwonię, umawiam się i czekam.
W tym czasie przetwarzam cały czas i wciąż nie ogarniam. Widzę po Andrzeju, że chyba też jest w lekkim szoku.
W poprzedniej ciąży na tym etapie już szalałam z radości. Teraz pojawia się strach. Jak my to teraz ogarniemy?!

PRZEŁOM 6 I 7 TYGODNIA
Zaczynamy Pole Dance’owy obóz. A ja po prostu padam. Zasypiam gdzie się da i jak się da. Coś niesamowitego. Każdego dnia mam wrażenie jakbym przebiegła maraton. Odcina mnie co chwila. Coś nowego, myślę sobie. Chyba ostatnio wrzuciłam za wysoki bieg. No, ale obóz sam się nie zrobi, zajęcia i warsztaty same nie poprowadzą. A tętno przy najprostszych ćwiczeniach już mocno skacze. Po paru latach prowadzenia szkoleń już wiem, że mój organizm głośno i wyraźnie zaznacza teraz czego potrzebuje.
Słucham go i staram się robić tyle ile mogę.

TYDZIEŃ 7
Pod koniec 7 tygodnia zjawiam się w gabinecie cała na złoto. Żartuję! Cała na zielono, bo już zaczęły mi się mdłości i wymioty, które pamiętam aż za dobrze z poprzedniej ciąży…
Po uprzejmiej wymianie zdań z lekarzem, kładę się. Niech się dzieje co chce.
NO JEST! MAMY TO! Jest zarodek i pęcherzyk i ciąża pojedyncza.
PYK. Lekarz włącza głos. Słyszę bicie serduszka i znów znajoma gula staje mi w gardle. Dzizaaaas to się dzieje naprawdę!
Wszystko w porządku na tym etapie. Proszę o siebie dbać, słyszę na odchodne.

TYDZIEŃ 8
Termin mdłości w tej ciąży jest dla mnie jakimś kosmicznym żartem. Poprzednia przetyrała mnie okrutnie, ale ta najpewniej mnie wykończy! Zwłaszcza, że tym razem sobie nie poleżę. Nikt nie doniesie mi wody z imbirem, bo na litość boską, mamy niespełna trzylatkę na chacie, która potrzebuje 200% uwagi. Zwłaszcza mojej, bo przecież wszystko musi robić mama. Jest więc płacz i zgrzytanie zębami i moje i jej. Bo serio mam wrażenie, że umrę. Nie mam sił, podczas zabawy zasypiam na podłodze, po przebudzeniu biegnę zwymiotować.
Wracam – wcale nie jest lepiej. Czuję jakbym miała jelitówkę i jednocześnie największego kaca życia. Prócz wymiotów tym razem dostałam w pakiecie problemy jelitowe oraz nadchodzący znienacka niczym Tommy Lee Johnes w Ściganych – SEN! Po prostu odcina mnie wszędzie. Do łask wracają starzy znajomi – białe buły z serem. Jak dobrze, że jesteście myślę sobie. Jak dobrze!

TYDZIEŃ 9
Pandemia zaczyna na dobre szaleć. Coraz więcej zachorowań, coraz więcej obostrzeń coraz więcej nerwów i stresów. Nie omijają i mnie, choć zwykle nie narzekam na pogodę ducha i optymizm. Czuję się tak źle fizycznie, a Róża jest tak wymagająca w stosunku do mnie, że płaczę po kątach cichaczem. Andrzej robi co może. Sprząta, gotuje, próbuje bawić się z Różą, żebym odpoczęła choć na chwilę, a ja czuję się tak, jakby to był mój koniec. Wiem, że brzmi jak szaleństwo, ale nie pamiętam czy kiedyś czułam się aż tak fatalnie.
Ewidentnie siada mi psycha. Nie mam siły. Powtarzam sobie, że jakoś przecież muszę wytrzymać, że dam radę.
W tym samym czasie – trwa zawodowe szaleństwo! Dwa miesiąc wcześniej podpisałam umowę z wydawnictwem na książkę. Słodki Boże, przecież to ostatnia chwila na sesje zdjęciową, zanim się na dobre roztyję i zanim mój brzuch już nie będzie łaskawie pracował z photoshopem. Robimy tą sesję. Kasia Milewska staje na wysokości zadania. Ale ja też. Mam chwile słabości, ale spinam się w sobie. Ogarniemy to. Ogarnęliśmy.

TYDZIEŃ 10
To nie koniec zawodowych challengów. Obiecałam sobie, że jeśli zajdę w ciążę, nagram wreszcie najlepszy na świecie, profesjonalny i edukacyjny kurs treningowy dla kobiet w ciąży. Podzielę go na 3 etapy – i ponagrywam na 3 raty. Bigos tak ma. Coś postanawia, więc umawiam ekipę i choć czuję się tak źle jak nigdy idę to nagrać. Widzę jak wyglądam, widzę, że nie spakowałam najlepszych ciuchów. Czuję jak mój cały profesjonalizm topnieje i ulatnia się niczym para. Tu pozwolę sobie na małe wyjaśnienie.
Zwykle bowiem takie nagrania przygotowuję pieczołowicie co do najmniejszego szczegółu tygodniami. Tym razem było inaczej. Wzięłam ciuchy i poszłam nagrywać. Jedyne co miałam świetnie przygotowane to treningi. Nagrywaliśmy je od rana. Oczywiście w plecaku czekały na mnie bułki z serem. Moi kochani przyjaciele <3
Udaje nam się nagrać wszystko, choć nie bez stresu, bo mamy mały poślizg. Nie pytajcie!
Wieczorem wracam do domu – dumna z siebie, jakbym zaliczyła właśnie wejście na Mount Everest. Wchodzę do wanny z Różą. I kąpiemy się w bąbelkach. Nagle Róża oznajmia, że musi kupę. Wyjmuję ją z wanny, siada elegancko na nocniku, ja czekam w wannie. Myję ją i nagle czuję, że to koniec! Wkładam ją do wanny, a sama wybiegam naga z łazienki łapiąc po drodze dwa ręczniki. Jednym okrywam siebie, drugim zakrywam usta. Nie zdążyłam, gdyż tama już puściła. Cały przedpokój do mycia.
Ja nie jestem w stanie wejść do łazienki. Andrzeja nie ma, robi mi się słabo i tak leżę w tym przedpokoju zakryta ręczniku i całym bałaganem w około siebie. Róża mnie woła, ale musi wyjść sama. Nie wejdę tam za nic! Ogarniam ją w przedpokoju i wtedy wchodzi Andrzej. Widzę jego rozszerzające się gałki oczne. Myślał, że najpewniej ktoś tu zginął. I tak prawie było! Tego dnia nie zapomnę już nigdy!

TYDZIEŃ 11
To w tym tygodniu Trybunał Konstytucyjny (o ile można go tak jeszcze zwać) wydaje słynne orzeczenie, które stanowi o tym, że w Polsce w przypadku ciężkich wad płodu nie można już dokonać aborcji. Czytam wszystko czym zaczyna być zalewany Internet i telewizja. Łzy cisnął mi się do oczu. Mam pierwszy atak paniki. Ostatni pamiętam słabo, bo chyba przydarzył mi się 10 lat temu. Siadam w kącie i czuję jak zalewa mnie mrok. Głowa mi eksploduje. Róża zaczyna płakać i ja też. Ale tym razem to ja płaczę głośniej. Zachodzę się z płaczu w głos, prawie krzyczę. Wiem, że obok jest dziecko, ale nie jestem w stanie się powstrzymać. Już nie płaczę. Wyję. Wkracza Andrzej już bardzo zmęczony ciągłym ogarnianiem rzeczywistości. Zabiera Różę do pokoju. A ja jeszcze przez chwilę trwam w tym stanie. Kiedy ból i strach zostają wypłakane i wykrzyczane, czuję w sobie pustkę. Przyjemną, bo przynoszącą spokój. Na miejsce wściekłości pojawia się pewność – wy nas nie zniewolicie, wy nas zjednoczycie! Kobiety wychodzą na ulice – pierwszego dnia spontanicznie. Potem przez cały tydzień w trakcie szalejącej już dziko pandemii tysiące osób protestuje na ulicach miast całej Polski. Nie idę z nimi. Boli mnie to, ale czuję, że ryzykowałabym teraz zbyt dużo. Obserwuję, trochę słucham. Ale nie za dużo. Ten tydzień kosztował mnie zbyt wiele. Za niecałe dwa tygodnie mam wizytę. Czekają mnie badania prenatalne. Tym razem decyduję się na rozszerzony panel. Test Pappa to za mało. Zrobię, póki badań jeszcze nam nie zabronili.

TYDZIEŃ 12
Moje samopoczucie się wcale nie poprawia. Andrzej jest u kresu sił. Widzę to po nim. Ja wciąż ledwo wstaję z łóżka, nie mam możliwości posprzątać czy ugotować czegokolwiek. Nie daję rady pójść do łazienki z dzieckiem kupę. A jak chodzę, to ogarniam ją wymiotując do wanny. Odliczam dni do wizyty. Przychodzi pierwsza poważna kłótnia. Puszczają nerwy nam obojgu. Ostatnie dni były tak cholernie trudne. Uderzały we mnie z impetem dosłownie personalnie. Odcinałam zawodowo co się tylko dało. Próbowałam przetrwać.

Końcówka tygodnia – idę na wizytę. Coś w głębi mnie mówi – nie bój się. Wszystko jest dobrze. Nie ma potrzeby, byś czuła strach. No i zaczynam gadać sobie z tą małą istotą w brzuchu. Do gabinetu wchodzą spokojna jak nigdy. Przed badaniem lekarz opowiada jak źle dzieje się w służbie zdrowia. Widzę, że mówi serio. Nie widziałam go nigdy takiego podminowanego i zdołowanego. Opowiada, że szpitale są niewydolne, na karetki czeka się 8 godzin, do zgonów już nikt nie jeździ, na kardiologii u jego żony, każdy pacjent z Covidem umiera. Że jest im cholernie ciężko jako lekarzom. I że w mediach nikt nie mówi prawdy. Przykro mi to słyszeć… Myślę o tym jeszcze długo po wizycie.
Ale na czas badania odcinam się od wszystkiego. Pierwszy obraz to już mnie kropka i nie pęcherzyk z bijącym serduszkiem. To dziecko. najprawdziwsze, piękne dziecko z maleńkimi nóżkami i rączkami skaczące w każdą stronę. Czuję jak po policzkach płyną mi łzy wzruszenia i wdzięczności. Dopiero teraz tak na serio dociera do mnie, że noszę pod sercem kolejne życie. Że znów dokonał się cud! Patrzę na mini człowieka na ekranie. Już kocham go całą sobą. Czuję jak po każdej cząstce mojego ciała, serca i głowy rozlewa się to przyjemne uczucie najpełniejszej miłości.
Nigdy nie byłam badania tak długo i tak dokładnie. Sprawdziliśmy wszystko. I wszystko wyglądało bardzo dobrze. Pobraliśmy krew na rozszerzone badania prenatalne – Sanco. Wyniki miały być za około tydzień. Ale ja czułam już spokój. Wszystko będzie dobrze.

TYDZIEŃ 13
Czuję się inaczej. Mam troszkę więcej siły. Bułki z serem nie smakują już jak najwykwintniejszy pokarm Bogów. Po 6 tygodniach przerwy sięgam po słabiutką kawę, która zostaje w treści żołądkowej. Jest dobrze – myślę, a każdy kolejny dzień tylko to potwierdza. Udaje mi się posprzątać nawet łazienkę. To jeden z tych wyczynów na miarę Mount Everesta – daję Wam słowo!
W końcu pod koniec tygodnia dostaję telefon od lekarza:
– Gratuluję. Słyszę w słuchawce.
Ma pani zdrowe dziecko.
Krew odpływa mi na chwilę z mózgu, po to, by za chwilę eksplodować szczęściem! Dziękuję lekarzowi za telefon. Dziękuję jakieś kilka razy za dużo. Po rozłączeniu się idę do Róży – tulę ją odrobię za mocno. Andrzeja też.

TYDZIEŃ 14
Tu jestem dziś pisząc do Was. Pamiętam jak będą w ciąży z Różą – pod koniec 9 miesiąca pisałam, że nie mogę się już doczekać końca tej ciąży. Wtedy moja koleżanka Ewa napisała:
– Kasia koniec ciąży to nie koniec. To dopiero początek. Późniejsze wydarzenie sprawiły, że jej słowa utkwiły mi w pamięci aż za dobrze.
Ciąża to mały challenge! Największe wyzwanie zacznie się w maju. Jeśli tylko Bóg pozwoli! Jeśli Bóg pozwoli.

Leave a Reply

Your email address will not be published.